Danuta: In vitro nie było dla mnie, ale wy nie traćcie nadziei – walczcie o szczęście!

Danuta już nigdy nie będzie mamą, choć bardzo tego pragnęła. W jej historii nie ma in vitro i klinik niepłodności, ale to, co mówi, daje do myślenia… pozytywnego myślenia. 


Dla wielu jestem dziwadłem, a nie kobietą. Zamiast dziecka – mam kota, i męża, który popadł w alkoholizm. Dopadła nas nieuleczalna niepłodność i pozostanie z nami już do końca. Starość jest pusta i smutna bez dziecka – nie poddawajcie się więc i walczcie o nie, nie zapominając o sobie nawzajem.

Danuta


Jak długo starałaś się o dziecko?

Długo! W zasadzie całe życie – aż do menopauzy to ciągłe starania. Oczywiście w okolicach czterdziestki stało się to bardziej jakimś zaklinaniem rzeczywistości, wmawianiem sobie, że czas może wcale nie pędzi do przodu, a ja jeszcze będę mogła zostać mamą. Niestety, zdążyłam się zestarzeć – i nawet nie zauważyłam kiedy (śmiech).

Mnie się jednak smutno zrobiło, a ty się śmiejesz…

A co ja mam robić teraz? To też śmiech przez łzy – tyle że suche. Przepłakałam pół życia – wylałam tyle łez, że można by pewnie nimi niejeden głęboki basen wypełnić. Ja już nie mogę płakać, bo nic nie mogę zrobić. A te łzy i smutek wpędzą mnie do grobu. Swoją drogą stałam już nad nim i nie chcę znów się tak nad tą życiową przepaścią chwiać. Z czasem nauczyłam się żyć w tej samotności i z tym największym niespełnionym marzeniem.

Co masz na myśli, mówiąc: stałam nad grobem?!

Przez tyle lat samotności, walki, starań, modlitwy, motywowania się na siłę, a przy tym zerowych efektach – człowiek zanika. Staje się cieniem siebie. Ja nie potrafiłam przez wiele lat dostrzegać niczego wokół – żyłam tylko nadzieją, że kolejny cykl, jeśli będzie z owulacją, przyniesie upragnione szczęście. Wszystko podporządkowałam pod pragnienie bycia matką. A miałam je bardzo silne. Co roku wędrowałam z pielgrzymką do Częstochowy, modląc się o cud narodzin. Nie wiem, może gdyby zliczyć te wszystkie kilometry – zeszłabym z pół świata. Długo potrafiłam jednak wytłumaczyć sobie, że „mam jeszcze czas”. Co prawda moje siostry zdążyły już porodzić po kilkoro dzieci, a ja wciąż byłam oczekująca i starająca się.

A co było przyczyną braku dziecka?

W tamtych czasach niespecjalnie mówiło się głośno o niepłodności jako chorobie. Tym bardziej na wsi czy w małym miasteczku. Nie potrafiłam także odważnie powiedzieć lekarzowi, że staram się i staram, a tu nic. W zasadzie na początku poszłam zrobić tylko rutynowe badania, z których nic szczególnie niepokojącego nie wyszło. Lekarz w zasadzie też nie mógł mi za wiele pomóc, bo ja przemilczałam fakt, że mam chyba kłopot z zajściem w ciążę.

Kiedy to było?

Ponad 35 lat temu! Szmat czasu. Moi siostrzeńcy są już też rodzicami… Patrzę na nich i staram się cieszyć.

A jednak starasz się, a nie cieszysz…

Bo tęsknota i taka zazdrość, że ktoś doświadcza takiego szczęścia – oczywistego, naturalnego, w zasadzie dla każdego, chyba nigdy nie zniknie. Pogodzenie się z sytuacją jest konieczne – no bo co ja teraz mogę – baba z sześćdziesiątką na karku?

Nie myśleliście z mężem o adopcji?

Oczywiście, że myślałam.

Ty? Czy Wy?

To też nie jest takie proste – i jak sobie teraz w rozmowie z tobą o tym myślę, to los jakiś taki wyjątkowo okrutny dla mnie był.


Mój mąż na początku bardzo chętnie podejmował temat dziecka, ale z czasem zaczęło go to chyba upokarzać. Nigdy nie poszedł do lekarza, uważając, że nie ma takiej potrzeby – i do dziś nie wiem, czy na przykład przyczyna nie leżała także po jego stronie.


Ale tak jak ci mówiłam – 30 lat to przepaść. Dziś i u nas na „wsi” odważniej mówi się o niepłodności, w tym męskiej, o in vitro, o zarodkach, o tym, że to choroba, z którą trzeba iść do lekarza. Za moich czasów człowiek zdany był tylko na siebie – a w każdym razie ja tak myślałam. Wstyd towarzyszy okrutny tej przypadłości. A wiadomo – facet ma swój honor, a jego męskość to jego sprawa.

Gdy po kilkunastu latach bezowocnych starań powiedziałam, że może pomyślimy o adopcji – obruszył się. Nie chciał żadnego obcego dziecka – bo, jak to mówił – nie wiadomo z jakiego bandyty zrodzone. To było nie do przeskoczenia. Zwłaszcza że i rodzice, którzy dawno już nie żyją, nie byli temu przychylni. Nienawidziłam do nich jeździć – a jak zebrała się tam cała rodzina, moje siostry z mężami i ich dzieci, czułam się osaczona i upokorzona, bo nikomu nie przyszło do głowy, że to intymny temat. Wszyscy rzucali swoje trzy grosze, doprowadzając się w efekcie do jakiejś irracjonalnej awantury, która w rezultacie doprowadzała, że każdy odjeżdżał w swoją stronę.

A ty w tym sama, samiusieńka…

No właśnie. I naprawdę wiem, że nikt mnie nie rozumiał – nawet siostra, która stała po mojej stronie w kwestii adopcji. Ale tak sobie myślę – bo przecież nie wiem na sto procent – nie uda się do końca zrozumieć kogoś niepłodnego, jeśli samemu ma się choćby jedno dziecko. I wiem, że wielu ma dobre intencje, ale nie da się wejść w skórę, umysł, serce kobiety, która patrząc na szczęście innych, okrutnie cierpi. To zresztą z czasem zaczęło powodować spięcia między mną i siostrami. Ale to ja odsuwałam się od nich – nie wiem, może chciałam się w ten sposób uchronić przed tymi emocjami? A może poczułam, że zaczynam być toksyczną ciotką – takim dziwadłem, które zamiast dzieci ma kota.

A ty rozumiesz dzisiejsze młode dziewczyny, małżeństwa, które walczą o potomstwo – nawet wbrew rodzinie?

 Rozumiem i to bardzo. I bardzo im współczuję – zwłaszcza tej społecznej i politycznej niesprawiedliwości. Niby od mojej młodości minęło tyle lat, niby moja wieś się zmodernizowała i unowocześniła, niby mamy dostęp do rzeczy i technologii, o których kiedyś nawet nam się nie śniło, a jednak wciąż jakby czas się zatrzymał. To bardzo trudne. W naszej wiosce było niepłodne, bezdzietne małżeństwo, które wyprowadziło się do miasta…

Dlaczego?

Nie wytrzymali presji wścibstwa. W ich życie wtrącali się wszyscy – nie tylko sąsiadki zza płotu, ale nawet ksiądz, któremu ktoś życzliwy pewnie doniósł, że Iksińscy jeżdżą do Warszawy do jakiegoś „lekarza od dzieci” i nie wiadomo, jak to się skończy, bo to chyba taki, co to in vitro robi. Potem nieraz w niedzielę na kazaniu cała wieś słyszała, jakim złem jest sztuczne zapłodnienie i jak wielką arogancją wobec Boga jest „robienie sobie dzieci”. Wyjechali więc – i ja im się nie dziwię. Nie wiem, czy doczekali się potomstwa, mam nadzieję, że Bóg ich jednak obdarzył tym szczęściem.

Jesteś wierząca, a jednak nie masz problemu, by mówić o in vitro.

A dlaczego mam mieć problem? Mimo że mieszkam na wsi, jestem wykształconą kobietą. Czytam, oglądam, ale przede wszystkim myślę. Nie wiem, co na to wszystko Bóg, ale wierzę, że nie karze ludzi za miłość i pragnienie dzielenia się miłością. Wierzę poza tym, że jeśli kiedyś staniemy na sądzie ostatecznym, to każdy sam – bez świadków, bez komentatorów, bez obrońców i bez oskarżycieli. I tylko to, co dobrego mamy w sobie będzie się liczyło – no i to, co niekoniecznie dobre, ale to nie jest rozmowa eshatologiczna, prawda (śmiech)?

To wróćmy na ziemię. Kiedy się pogodziłaś, że nie będziesz już nigdy matką?

Tak naprawdę nigdy nie pogodziłam się z tym do końca. Ale to bardziej moja głowa, w której jest mimo wszystko dużo bólu i chaosu, które ta niepłodność mi pozostawiła. Gdy skończyłam pięćdziesiąt lat uświadomiłam sobie, że nie mam już okresu, że moje ciało i cały organizm wszedł w jakiś inny tryb – jakbym doszła na jakąś górę, a teraz już tylko droga w dół. To było trudne – bo wraz z tą świadomością nieuniknioności, pojawiło się poczucie, że tyle lat zmarnowałam, że tyle lat za mną, a nic nie mam. Owszem, mam niewielki domek, kawałek ogródka, zaraz emerytura, w zasadzie czas, kiedy człowiek powinien usiąść, popatrzeć wstecz i powiedzieć sobie, że od teraz będzie odpoczywał, dzieci przyjadą na grilla… Ja jednak cały czas uciekam od tej wizji, bo wiem, że spoglądając za siebie, nic dobrego nie zobaczę, a i dzieci nie przyjadą. Tyle lat starań, ta ciąża…

A jednak byłaś w ciąży – co się stało?

Raz, jedyny raz byłam w ciąży, ale poroniłam w dziewiątym tygodniu. Nie wiadomo, z jakiego powodu. Potem już nie udało mi się zajść.  Bardzo to przeżyłam – i stałam się jeszcze bardziej zamknięta w sobie. Nawet z siostrą przestałam rozmawiać, a gdy moja chrześnica urodziła swoje pierwsze dziecko – nie z małżeństwa – przeklinałam wszystko i wszystkich, bo jak to możliwe, że „gówniara” zalicza wpadkę, a ja, przygotowana dojrzała kobieta, nie mogę mieć dzieci. Wiele razy potem przepraszałam Boga za te myśli – wstyd mi, że tyle nienawiści w sobie miałam. Zresztą to prawda, że niepłodność i brak dziecka to coś więcej niż tylko jednostka chorobowa. To coś więcej – biologia, biologią, ale to, co robi z emocjami i psychiką, to jak długo zbliżający się huragan – jak uderzy, to spustoszenie jest wszędzie. Mój mąż nie wytrzymał tego wszystkiego i myślę, że alkoholizm, w który popadł, to skutek braku dziecka.

Leczy się?

Nie chce się leczyć – nie czuje potrzeby. Raz powiedział, że nie ma, dla kogo przestać. To koszmarna choroba, która niestety przenosi się także na wszystkich najbliższych. A że nas jest dwoje – jego uzależnienie przeszło na mnie. Oczywiście nie w dosłownym znaczeniu, ale dziś wiem, że to bardzo mocne współuzależnienie.

Byłaś u psychologa?

Tak. Chodziłam na taką terapię przez kilka lat – potem przestałam, ale wiem, jak prowadzić samej autoterapię i jak radzić sobie z tym wszystkim.

A jak sobie radzisz? Może to coś, co mogłyby i młodsze niepłodne kobiety wykorzystać podczas swoich starań.

Przede wszystkim poczucie, że jestem ważna – nie nic nie warta, nie – że to wszystko moja wina. Najważniejsze to to, by nie obwiniać się za sytuacje, na które nie mamy wpływu. Uświadomienie sobie, że życie składa się z rozmaitych elementów.


Czasem nawet z niepełnego pudełka puzzli można ułożyć całkiem ładny fragment całości, który coś przedstawia, który cieszy, który nie jest porozrywany.


Był zresztą taki czas, kiedy bardzo lubiłam układać puzzle – dziś już nie mam cierpliwości, ale chyba i potrzeby. Uwierzyłam jednak, że wciąż jestem kobietą, która może dobrze wyglądać i swoją obecnością cieszyć innych. Że są osoby, dla których jestem ważna i beze mnie ich świat nie byłby pełny. To takie uświadomienie sobie, że każdy pełni jakąś rolę w życiu innych, choć nie zdaje sobie z tego sprawy.

Ale z takich praktycznych czynności – zaczęłam chodzić na aerobik, który prowadzi u nas na wiosce dziewczyna z pobliskiego AWF-u. Kupiłam też kijki i robię sobie długie spacery szosą, a potem przez las i pola. Generalnie staram się być wciąż aktywna fizycznie – czasem po prostu wychodzę na spacer, dochodzę do łąki, siadam tam i wsłuchuję się w ciszę. Kiedyś siedząc na takiej właśnie łące, miałam jakiś dziwny przebłysk – pomyślałam sobie o moim dziecku, które poroniłam.

Wszystko wróciło?

Nie, wręcz przeciwnie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale miałam wrażenie, że słyszę jakiegoś chłopca, który mówi do mnie, że gdyby był ze mną, byłoby mi jeszcze trudniej. Pomyślałam, że może gdybym urodziła, to dziecko byłoby chore albo umarłoby podczas porodu. Trudno to zinterpretować i traktować jakoś całkiem serio, ale od tamtej pory czuję, że byłam w ciąży z synkiem. Pożegnałam się z nim już dawno temu, ale czasem zdarza mi się – na takiej łące – opowiadać mu w myślach wszystko, co mnie boli.

Marzenia się jednak nie spełniają?

W moim przypadku nie spełniły się, ale nie można w nie wątpić. Dopóki żyjemy, żyjemy po coś.


Młode starające się kobiety mają czas – nie powinny go zmarnować tak jak ja. Ale mam na myśli nie tylko starania, ale także to, co mija nas obok. I tych, którzy są obok nas.


Czasem sobie myślę, że może gdybym bardziej widziała w tym wszystkim mojego męża, gdybym nie traktowała tej tragedii bezdzietności jak tylko moją tragedię, może dziś nie byłby alkoholikiem. Może nie potrafiłam go odpowiednio wesprzeć w tym wszystkim i za bardzo widziałam tylko siebie i swoje pragnienie. W moim przypadku to tylko gdybanie – czasu nie cofnę, ale jeśli komuś ta historia coś uświadomi i pomoże w porę naprawić utraconą relację, będę szczęśliwa. Może to właśnie po to, by komuś ją opowiadać, działo się w moim życiu tak,  a nie inaczej…

Rozmawiała: Agata Daniluk

PRZECZYTAJ TAKŻE:

Dziękuję ci mamo, że nauczyłaś mnie, jak radzić sobie z niepłodnością

 

Inni czytali również

Z pamiętnika Edyty: 24 cykle temu wszystko było dużo prostsze… (odc. 4)

Co dała Ci niepłodność? - zapytała psycholog podczas grupy wsparcia dla... więcej

Kłótnia z teściową przelała czarę goryczy, mąż stanął po jej stronie. Jestem sama

Nie umiesz poradzić sobie z problemem niepłodności? Kolejna próba zajścia... więcej

Kryzysy w męskiej niepłodności. Kryzys nadziei

Ostatni z serii felietonów o kryzysach w męskiej niepłodności chciałbym... więcej

„Chcę, by kobiety starające się o dziecko wiedziały, że…” Oto, czego uczą dzieci

Uczmy się od dzieci - nawet jeśli ich nie mamy. Jaką lekcję może dać... więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *