Pomyślała: Jeśli post Dąbrowskiej nie pomoże, zdecyduję się na in vitro

Powiedziała: Jeśli to nie pomoże, zdecyduję się na in vitro. Nie musiała. Na pytanie o efekty postu dr Ewy Dąbrowskiej, na który się zdecydowała po kilku latach bezskutecznych starań i leczenia niepłodności, odpowiada: Mój efekt ma na imię Ola i ma sześć miesięcy.

Kamila ma 33 lata, Hashimoto i endometriozę III stopnia.  Za nią cztery lata bezowocnych starań o ciążę. Świadomie jednak podjęła z mężem decyzję, że o dziecko będą starać się naturalnie i nie miało to związku z religią czy światopoglądem. – Mówiłam sobie, że dopóki nie zrobimy wszystkiego, co możemy sami zrobić, by zwiększyć szansę na ciążę, nie będziemy korzystać z dobrodziejstwa nauki – mówi.

Gdy po kolejnej laparoskopii usuwającej kolejne torbiele na jajnikach ciąża wciąż się nie pojawiała i gdy po kolejnej zmianie leków i diecie, która miała pomóc – wciąż widziała jedną kreskę, zaczęła powątpiewać, czy im się uda. – Lekarz już jakiś czas temu sugerował, że może powinniśmy pomyśleć o in vitro, które jego zdaniem w naszym przypadku w stu procentach się powiedzie – wspomina. I choć myśl ta coraz częściej pojawiała się w jej głowie, postanowiła, że na moment odpuści, odpocznie i przestanie podporządkowywać wszystko pod starania i ciążę.

Dieta dr Dąbrowskiej: Jeśli nie pomoże, to nie zaszkodzi

O poście dr Dąbrowskiej słyszałam już wielokrotnie – zarówno od znajomych, jak i z internetu. Nie ukrywam, że interesowałam się tym, zwłaszcza że to, co czytałam na jednej z grup wsparcia dla kobiet przechodzących tę terapię, powodowało, że człowiek wręcz nie dowierzał opisywanym efektom. Widziałam, jak kobiety, ale i mężczyźni nie tylko tracili zbędne kilogramy – czasem było to wręcz spektakularne – ale także, jak pozbywali się rozmaitych dolegliwości – od przewlekłego zapalenia zatok, po wyregulowanie poziomu hormonów i likwidacji zrostów. I to właśnie było dla mnie niesamowite. Nigdzie jednak nie mogłam znaleźć, poza stroną samej Dąbrowskiej, jakiegoś merytorycznego, naukowego wyjaśnienia fenomenu tego postu, stąd mój długi opór, by samej do tego podejść. Kusiły jednak te liczne świadectwa „ozdrowień” – także z niepłodności.

Długo byłam tylko biernym obserwatorem życia ludzi na tej grupie, ale po moich nieudanych staraniach i braku efektów leczenia postanowiłam, że spróbuję – bo nie mam nic do stracenia. Nie zakładałam na siłę, że przejdę cały post, który w założeniu ma trwać 42 dni, ale może uda mi się wytrwać chociaż połowę. Dopóki nie weszłam w to na całego, bałam się, że restrykcyjne wymagania, mnie pokonają. Nie przerażało mnie jednak to, że miałabym jeść warzywa – tych nigdy nie unikałam, choć rzeczywiście w większości były to potrawy, w których większość właściwości warzyw potraciło się przez obróbkę termiczną. Post jednak zakłada całkowite ostawienie kawy, alkoholu, tłuszczów – nawet tych zdrowych, białka – w stu procentach opiera się tylko na warzywach.


Nie przygotowywałam się jednak specjalnie długo do tego wyzwania. Pomyślałam, że teraz albo nigdy. I że jeśli nie będzie mi służył, przerwę go. Poza tym, jedzenie samych warzyw nawet przez dwa tygodnie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Jedyne, co zrobiłam przed podjęciem postu – to poziom hormonów, morfologię i usg, które niestety pokazało, że robi się kolejna torbiel.


Nieco załamana, ale jakoś dziwnie optymistycznie nastawiona – zaczęłam. Zanim zrobiłam pierwsze wielkie zakupy, usiadłam i z pomocą grupy Fb rozpisałam sobie tygodniowy jadłospis, by nie martwić się, co będę jeść i by nie poddać się z braku pomysłu na warzywne danie.

I muszę was zaskoczyć – mimo że dzienna porcja kalorii przewidziana dla poszczących to 800 kalorii – nie byłam w ogóle głodna! Miałam wrażenie, że jem więcej, smaczniej, a jedzenie daje mi nie tylko przyjemność, ale i jakieś siły witalne. Nie miałam żadnych tzw. kryzysów ozdrowieńczych, o których można przeczytać na temat tej diety. Owszem, przez pierwsze trzy dni pobolewała mnie lekko głowa. W połowie postu, czyli po 21 dniach, miałam potworny katar, który miałam wrażenie był efektem oczyszczania się zatok. I tyle! Wiem, że niektórzy cierpią męki po odstawieniu kawy czy papierosów. Ja – choć byłam kawoszką, nie sprawiło mi to szczególnie dużego problemu. Co więcej – podczas postu uświadomiłam sobie, że większość tego, co piłam czy jadłam, wynikało z pewnych rytuałów i przyzwyczajeń – no bo przecież rano musi być kawka, nawet słaba.

Po tygodniu wiedziałam już, że chcę ten post kontynuować. Mąż początkowo sceptycznie nastawiony, coraz chętniej jadł także moje warzywne propozycje kolacji. Czułam się coraz lepiej. Po dwóch tygodniach czułam, że wyregulowałam metabolizm, lepiej mi się spało, a rano budziłam się z lekkim brzuchem i wcale nie na głodzie. Poziom energii zauważalnie wzrósł, a zmiany hormonalne na twarzy, zwłaszcza pod żuchwą i przy uszach zaczęły znikać. NIE-DO-WIA-RY – myślałam. Ale jeszcze większe zdziwienie przyszło wraz z pierwszą miesiączką.

Nie do wiary – mam bezbolesną miesiączkę!

Każda kobieta, która ma zdiagnozowaną endometriozę, doskonale wie, jak potworna jest ta choroba. Z jakim bólem się wiąże, ale także i jakimi konsekwencjami. Bolesne i długotrwałe miesiączki, skrzepy, obfitość krwawienia, wymioty, a wręcz omdlenia – wszystko zanim nie usłyszałam, że to endometrioza, interpretowałam jak większość kobiet: taka moja uroda. No i przyszedł okres na poście – przeszłam go bez ani jednej tabletki przeciwbólowej, bez bólu – choć oczywiście czułam pewien dyskomfort, ale nie miało to nic wspólnego z umieraniem. Byłam w szoku – podobnie zresztą jak mój mąż, którego właśnie ten moment zaczął nastawiać przychylniej do mojego wyzwania. Skrzepy o połowę mniejsze, krwawienie mniejsze, czas trwania podręcznikowy. To dało poczucie, że chyba to ma sens. I o ile do tej pory z lękiem patrzyłam w kalendarz i datę kolejnej miesiączki, tak teraz byłam ciekawa, czy to tylko jednorazowe, czy może kolejne też takie będą. Były!

800 kalorii pyszności

Myli się ten, kto sądzi, że post to tylko niesmaczne surówki i sok z buraków. Zawsze lubiłam jeść i zawsze przywiązywałam wagę do tego, by to jedzenie oprócz smaku, miało także ładny wygląd. Post i konieczność robienia sobie samemu jedzenia – no bo gdzie kupisz coś gotowego na bazie samych warzyw i tylko wybranych owoców – wydobyło ze mnie także niedocenione wcześniej pokłady kreatywności kulinarnej. I powiem wam, że nie mam wątpliwości, że to także działało jak terapia odstresowująca.

Przygotowywałam sobie nie tylko wspomniane surówki, ale także gotowałam rozmaite zupy – najczęściej o konsystencji kremu (to zresztą ważne, by na poście jeść ciepłe posiłki, ponieważ jest to terapia na pewno wychładzająca organizm i jej skutkiem ubocznym jest poczucie nieprzyjemnego zimna). Piekłam też pasztety, robiłam owocowo-warzywne desery, testowałam blednowanie ze sobą różnych warzyw. To tu nauczyłam się robić kalafiornicę, czyli jajecznicę z kalafiora, a leczo z kapustą było nieraz hitem rodzinnego obiadu. Spaghetti z marchewki, tagliatelle z cukinii, sushi z bakłażana. A wszystko kolorowe, przepyszne i doprawione mnóstwem świeżych i suszonych ziół.

Kamila: Dieta warzywna nie musi oznaczać monotonii. Fot.: archiwum prywatne

10 kilo mniej to efekt uboczny

Po 42 dniach pełnego postu było mnie mniej o 10 kilogramów (moja waga wyjściowa to były 73 kg przy 171 cm wzrostu), znakomite samopoczucie, jaśniejsza cera, wyregulowany okres. Ale to wszystko, może poza okresem, było przyjemnym skutkiem ubocznym. To, co było najważniejsze, to usg.


Trzeba było widzieć minę mojego lekarza. Ani jednej torbieli! Nie wiem, jak to możliwe – mądrzejsi ode mnie tłumaczą to tym, że to działanie antyoksydantów zawartych w warzywach, ale także czymś, co się nazywać ma odżywianie wewnętrzne, na które przechodzi organizm podczas takiej kuracji.


W związku z tym, że dzienna porcja to tylko 800 kalorii, organizm zaczyna dobierać się nie tylko do tkanki tłuszczowej, ale także do wszystkich nienaturalnych zmian wewnętrznych: torbieli, zrostów, blizn. Trudno mi to zrozumieć, ale wierzę – bo tego właśnie doświadczyłam! Po zakończonym poście zrobiłam także badania hormonów i własnym oczom nie wierzyłam, że wszystkie parametry są granicznych, ale normach. Nie wiedziałam jeszcze, że najlepsze dopiero przede mną.

42 dni postu za mną! Wychodzę

Gdy zaczęłam tzw. wychodzenie z postu, które także powinno być przemyślane i niegwałtowne, na własną odpowiedzialność, ale także za namową bardziej doświadczonej w tym temacie znajomej, postanowiłam od razu przejść na racjonalne żywienie. Oznacza to, że nie dodawałam tydzień po tygodniu kolejnych produktów, a mniej więcej od razu mój jadłospis wrócił do zbilansowanej diety. Ograniczyłam jednak mocno nabiał, który jednak jest śluzotwórczy, oraz całkowicie zrezygnowałam z pszenicy – co akurat w Hasimoto jest zalecane. Nie miałam z tym jednak problemu.


Chleby pszeniczne zamieniłam z radością na gryczane czy kukurydziane, które sama sobie piekę, a klasyczne twarogi czy serki zamieniłam na te robione z orzechów nerkowców czy z tofu. Nie zrezygnowałam jednak całkowicie z mięsa, a tym bardziej ryb – ale staram się, by było do dobrej jakości mięso i wcale nie za często – dwa, maksymalnie trzy razy w tygodniu. Na moim talerzu nadal jednak dominują warzywa, których jest znacznie więcej niż zalecana połowa porcji.


Czułam się świetnie po takich zmianach. Co więcej poziom libido poszybował w górę, ale także pojawiła się jakaś taka radość z samej siebie – polubiłam się w mniejszym rozmiarze, zaczęłam chętniej zakładać legginsy i biegać po parku. Moje ciało nabrało jędrności, a dzięki temu, że po 42 dniach postu wszystko zaczęłam jeść (węglowodany, białka, tłuszcze) uniknęłam wydania włosów, na które bardzo często skarżyły się te osoby, które bardzo powoli i stopniowo wychodziły z kuracji.

Słodycze? A czemu nie?! Zmieniłam jednak zupełnie podejście do nich. Nie zajadam stresu marsem czy twixem, ale robię sobie ekspresowe kulki zdrowia z daktyli. Nie robię brownie z masła, cukru i czekolady, ale fantastyczne ciasto z fasoli, które jest nie do odróżnienia dla przeciętnego zjadacza słodkości.

 Tak naprawdę zmieniło mi się całkowicie podejście do jedzenia i tego, że dieta wcale nie musi oznaczać męki pańskiej i katorgi. Dla wątpiących dodam, że chęć na słodkie tradycyjne przegryzki wraz z kolejnymi dniami postu, naprawdę zaczęła znikać. Doceniłam smak jabłka czy jagód – które wydawały się niesamowitą rozkoszą dla podniebienia. Co więcej – desery, które można przygotować na bazie warzyw czy owoców, są znakomitą alternatywą, o czym warto się przekonać. Uświadomiłam sobie, że moje dotychczasowe jedzenie rozleniwiło zarówno mój metabolizm, ale także uzależniło od pewnych substancji, np. cukru.


Teraz jem normalnie – ale dla mnie to nie oznacza powrotu tego, co było przed postem.


Co mi dała Dąbrowska? Córkę!

Po poście miałam dwa regularne okresy, podczas których nie przyjęłam również ani jednej tabletki przeciwbólowej. To było wspaniałe uczucie. Ale kolejny niepokojąco zaczął się spóźniać. Czułam za to napięcie w dole brzucha i dziwną pracę jajników. Pojawiły się niestrawność, brak apetytu. Nie za bardzo wiedziałam, co się dzieje, zwłaszcza że w czasie postu myśl o dziecku naprawdę zeszła na dalszy plan, choć pożycie z mężem znacznie się poprawiło. Gdy po dwóch tygodniach opóźnienia nadal nic nie zapowiadało okresu, a dołączyła się do tego tkliwość piersi oraz metaliczny posmak w ustach – coś i mnie tknęło.

W drodze z pracy kupiłam test ciążowy – ale mężowi nic nie powiedziałam o tym. Pomyślałam, że nie ma co zapeszać, nie ma co się nastawiać, ale warto sprawdzić. Rano euforia i niedowierzanie – dwie grube krechy na teście, wynik pozytywny. Myślałam, że oszaleję z radości. Poprosiłam w pracy o możliwości pół dnia wolnego na żądanie – pobiegłam zrobić betę. Oczekiwanie na wynik, a potem pewność: jestem w ciąży!


Mąż płakał z radości, ja płakałam z radości. Potem potwierdzenie u lekarza, bijące serduszko, karta ciąży, rosnący brzuch, a potem cudowny poród siłami natury. Jeśli ktoś powie, że to cud – niech tak będzie. Ale jeśli ktoś pyta mnie, jakie miałam efekty postu dr Dąbrowskiej: odpowiadam – mój efekt ma na imię Ola i ma sześć miesięcy!


Nie namawiam nikogo na siłę, nie przekonuję i nie mogę zagwarantować, że każda kobieta, która zmaga się z niepłodnością, wyleczy ją za pomocą Dąbrowskiej. Wiem jednak, że bez odpowiedniej diety, podejścia do żywienia, odpowiedzialności za swoje zdrowie, wszystko w życiu przychodzi trudniej. Mnie post zmienił i zmotywował do długotrwałych dobrych zmian. A dobre zmiany nigdy nie wyjdą na marne.

Co to jest ta dieta Dąbrowskiej*

Post dr Ewy Dąbrowskiej to rodzaj kuracji leczniczej opierającej się na spożywaniu jedynie wybranych warzyw i owoców. Stosowany jako okresowa kuracja, dostarcza enzymów, mikroelementów, witamin, korzystnie alkalizuje i odtruwa, wzmacnia własne, samoleczące mechanizmy, przywraca równowagę przemian.

Przez okres od kilku dni do kilku tygodni, w zależności od wskazań, zaleca się dietę opartą na warzywach nisko skrobiowych, takich jak: korzeniowe (marchew, buraki, seler, pietruszka, rzodkiew), kapustne (kapusta, kalafior, brokuł), cebulowe (cebula, por, czosnek), dyniowate (dynia, kabaczek, ogórki), psiankowate (pomidor, papryka), liściaste (sałata, natka pietruszki, zioła). Równocześnie można spożywać niskocukrowe owoce takie jak: jabłka, grejpfruty, cytryny i nieduże ilości jagód.

Szczególnie cenne są zielone soki, które pochodzą z zielonych pędów roślin. Są one bogatszym źródłem bioaktywnych składników niż korzenie, posiadają chlorofil, którego budowa chemiczna jest podobna do hemoglobiny, mają aktywne enzymy, które oczyszczają, odtruwają, odnawiają krew, ułatwiają trawienie, alkalizują, dostarczają tlenu, energii, witamin i minerałów w najlepiej przyswajalnej postaci. Zielonymi pędami na soki są: natka pietruszki, seler naciowy, botwina, mniszek, pokrzywa, szczaw, szpinak, brokuł, kapusta, sałata, kiełki lucerny, trawa z pszenicy.

Warzywa i owoce można jeść na surowo, w postaci surówek, zup warzywnych przyprawianych ziołami, warzyw duszonych, pieczonych. Do picia polecane są woda, soki warzywne i owocowe, herbaty owocowe lub ziołowe, kompoty bez cukru, wywary z warzyw.

Produktami zakazanymi w czasie kuracji są: chleb, kasze, oleje, kawa, mocna czarna herbata, alkohol, warzywa skrobiowe i owoce wysokocukrowe, np. banany. Należy także odstawić papierosy.

Dieta Dąbrowskiej a niepłodność

Dr Ewa Dąbrowska zapytana o wpływ jej diety na płodność i niepłodność mówi, że są liczne przypadki kobiet, które dzięki kuracji mogły po wielu latach bezskutecznych starań zajść w ciążę.

Ma to związek z wyregulowaniem procesów metabolicznych i hormonalnych, oczyszczeniem organizmu ze złogów i toksyn. Dieta przywraca do normy główne układy „sterownicze”, czyli układ immunologiczny, nerwowy i hormonalny – tłumaczy.

I podaje przykład niepłodnej od 15 lat kobiety, która po przeprowadzeniu sześciotygodniowej kuracji mogła po raz pierwszy zajść w ciążę i urodzić zdrowe dziecko, inna zaś, która w czasie 8 lat małżeństwa nie mogła donosić żadnej ciąży, które roniła, po kilkutygodniowej diecie mogła urodzić zdrowego syna.

Dieta Dąbrowskiej: jakie wskazania

Wskazaniami do przeprowadzenie postu według dr Dąbrowskiej są: osłabiona odporność, częste infekcje bakteryjne, wirusowe, grzybicze, alergie, astma, nietolerancje pokarmowe, migrena, mięśniobóle, choroby z autoagresji jak gościec reumatoidalny, zapalenie tarczycy Hashimoto, zapalenie wątroby, toczeń trzewny, zespół „suchego oka”, a także choroby skóry takie jak łuszczyca, trądzik, skórna porfiria, sucha skóra, egzema. Schorzeniami neurologicznymi będącymi wskazaniem są padaczka, udary niedokrwienne mózgu, zaburzenia pamięci, nerwica, pobudzenie, choroba Parkinsona, stwardnienie rozsiane, zaś chorobami endokrynologicznymi: zaburzenia miesiączkowania, klimakteryczne, niedoczynność tarczycy, guzki tarczycy, wysoka prolaktyna, nadmiar estrogenów czy torbiele jajników.

*więcej na: ewadabrowska.pl

PRZECZYTAJ TAKŻE:

Poronienia nawykowe, choroby tarczycy i niski progesteron? Może pomóc dieta!

Inni czytali również

Nasz dietetyk: Dieta dr Dąbrowskiej a ciąża. Czy to naprawdę działa?

Długie starania są nierzadko motywacją do zrzucenia... więcej

Z pamiętnika Edyty: Ciąża po transferze?! Tylko spokojnie… (odc. 7)

Transfer się udał. Nie umiem jeszcze powiedzieć, że jestem w tym stanie... więcej

Musisz sobie wybaczyć! Nawet nie wiesz, jaką ulgę poczujesz

„To przeze mnie, to moja wina, gdybym nie robiła tego i tamtego, to byłoby... więcej

List na koniec roku: I gdy już chciałam się poddać, dostałam koło ratunkowe

List, który dostaliśmy, jest dla nas najlepszym podsumowaniem tego roku:... więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *