Beata: Niepłodność to smutna cisza, ale dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Wygrałam!

Beata: Niepłodność to smutek, ale dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Wygrałam!

Jak to się dzieje, że chęć posiadania dziecka staje się pragnieniem? Kiedy motywuje, a kiedy staje się powodem smutnej ciszy? Jak w tej nierównej walce z niepłodnością wyjść zwycięsko?

Przychodzi taki dzień, gdy chcesz wydać na świat potomstwo. Rozmawiasz o tym ze swoim partnerem i okazuje się, że on też tego pragnie. Zaczynacie więc się starać, czytasz o dniach płodnych, sposobach ich wyznaczania, mierzysz temperaturę, stosujesz diety, próbujecie i nic. Miesiąc za miesiącem, aż początkowa euforia staje się powodem kłótni. Przychodzi jednak taki dzień, kiedy potraficie stanąć twarzą w twarz ze sobą, problemem i społeczeństwem…

Diagnoza – walcz, nie rzucaj rękawic

Pamiętasz dzień postawionej diagnozy? Ja tak i na pewno zostanie on ze mną na bardzo długo. To było ponad 7 lat temu, a pamiętam go tak dokładnie, jakby było to wczoraj. Korzystałam z prywatnej opieki medycznej i byłam już po szeregu badań. Na prośbę lekarza prowadzącego wyciągnęłam kartę z leczenia endokrynologicznego, które przechodziłam jako dziecko. Siedziałam w zimny, wietrzny styczniowy dzień w gabinecie, nerwowo patrząc na lekarkę, która przeglądała moją dokumentację medyczną. W pewnym momencie czas stanął w miejscu. Lekarka spojrzała na mnie i ze złością stwierdziła, że przecież podejrzenie PCOS miałam już jako dziecko, dlaczego więc nie powiedziałam wcześniej? Następnie chłodno stwierdziła, że mój pakiet nie obejmuje leczenia niepłodności, a poza tym i tak się tym nie zajmują, więc mam się zgłosić do państwowej lub prywatnej kliniki.

Nie pamiętam, czy coś odpowiedziałam ani jak wyszłam z gabinetu. Doskonale zapamiętałam za to pierwszy telefon, jaki wykonałam po wyjściu z budynku. Zadzwoniłam do mamy, która jest pielęgniarką, musiała więc wiedzieć i przez cały ten czas milczała. Zapytałam, dlaczego mi nie powiedziała, a w odpowiedzi usłyszałam tylko: „córciu…”. Czy miałam wtedy ochotę się poddać? Nigdy, bo dopóki walczysz jesteś zwycięzcą.

Początki leczenia – nadzieja, która musi wystarczyć na długo

Leczenia w państwowych klinikach nie będę wspominać, bo nawet trudno tak je nazywać. Mam tylko nadzieję, że inne pary mają więcej szczęścia i nie trafiają tak nieszczęśliwie jak my. Po prawie 5 latach próby walki z państwowym system podjęliśmy decyzję o leczeniu prywatnym. Myśleliśmy już o tym wcześniej, odkładaliśmy pieniądze i zbieraliśmy opinię. Kiedy decyzja została podjęta, okazało się, że prawie wszyscy nasi znajomi potrzebowali pomocy, żeby mieć dziecko. Początkowo zebrane opinie w internecie zostały bardzo szybko zweryfikowane przez historie, które napisało życie. Różnica między nimi i nami była tylko jedna. Nam wydawało się, że niepłodność jest tematem tabu, oni mówili o niej swobodnie jak o zakupach.

Dla wszystkich naszych znajomych leczenie zakończyło się sukcesem – szybciej lub później, ale jednak. To dało nam nadzieję. Poczucie, że ostatnie lata oszczędzania i liczenia każdego grosza przyniosą rezultat. Wybraliśmy klinikę i lekarza, polegając na opinii jednej z naszych przyjaciółek, która wtedy, po wielu latach leczenia, była w ciąży z bliźniaczkami. Pamiętam pierwszą wizytę w klinice. Zachwyciła nas standardem, podejściem, dyskrecją. Znaleźliśmy w niej wszystko, co było potrzebne, aby rozpocząć leczenie – zupełnie tak, jakby te lata w państwowych klinikach nie istniały. Dopełnieniem całości było cudowne drzewo na środku holu głównego – od razu skojarzyło nam się z piękną i silną ikoną życia. Początki leczenia wspominam cudowanie. Idealne podejście, wizyty zawsze na czas i nadzieja, która jak się później okazało – musiała starczyć na długo.

Moja prawda o przebiegu leczenia

Jak wiadomo – im dalej, tym trudniej. Pierwsze próby poczęcia malucha były pełne uśmiechu. Mieliśmy poczucie, że jesteśmy pod dobrą opieką i teraz musi się udać. Z każdą kolejną próbą było jednak coraz ciężej. Niby wyniki prawidłowe, hormony wyregulowane, pęcherzyki rosną, dojrzewają, pękają i nic… Lekarze zlecają więc kolejne badania, które oczywiście są coraz droższe. Próbujemy większość z nich zrobić państwowo lub korzystając z dodatkowego, płatnego pakietu medycznego z pracy. Za każdym razem czuję się tak samo – jak nie kobieta, bo nie mogę mieć dzieci. Mimo to walczyłam. Mam świadomość, że każda kobieta podchodzi do tego inaczej, mając swój sposób na radzenie sobie ze stresem. Ja znalazłam go bardzo późno, a zanim to nastąpiło, gasłam z każdym miesiącem napiętnowana przez system i społeczeństwo.

Jedno z badań-zabiegów, które najbardziej zapadło mi w pamięci, to drożność jajowodów. Byłam ciekawa, czy boli, ale zdania były podzielone. Poszłam, nie wiedząc, czego tak właściwie mam się spodziewać. Czy bolało? Mnie tak, ale tylko przez chwilę. Później dowiedziałam się, że to dlatego, że był tam duży zrost, który udało się usunąć, ale to właśnie powodowało dyskomfort podczas zabiegu. Znowu pojawiła się radość, nadzieja i ta myśl, że może z tego powodu nie dochodziło do zapłodnienia. Kolejne próby, miesiące i nic.

 Po jakimś czasie nawet nie umieliśmy się już wspierać. Na początku na wszystkie wizyty chodziłam z mężem. W miarę upływu czasu, jeździłam sama i chyba najbardziej przerażające jest to, że nawet mi to nie przeszkadzało, a nawet tak było lepiej.

Łatwiej było dowiadywać się o kolejnej porażce w samotności, później tylko telefon do męża, a w kolejnych miesiącach wystarczał zwykły sms.

Cztery krzesła w gabinecie – lekarz, ty, partner i intymność

Każda z nas w gabinecie czuje się inaczej. Mi zawsze brakowało w nim jednego krzesła – miejsca na intymność. Te lata leczenia spowodowały, że chyba już nie wiem, co to wstyd. Zanim rozpoczęłam leczenie, nie wyobrażałam sobie nawet wizyty u ginekologa, który jest mężczyzną, mimo że wiele kobiet twierdziło, że są oni zdecydowanie delikatniejszymi specjalistami. Leczenie niepłodności spowodowało, że teraz nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Ilość wizyt, konsultacji, badań powoduje, iż nie ma miejsca na intymność. Czy jest jakaś różnica między prywatną a państwową kliniką? W moim odczuciu była tylko jedna. W prywatnej klinice korzystano z zaciemnienia zawsze, kiedy była taka możliwość, w państwowej – zdarzyło mi się tego doświadczyć zaledwie kilka razy.

Był taki moment w trakcie leczenia, kiedy wchodząc do gabinetu, w poczekalni zostawiałam siebie. Do gabinetu wchodziła jedynie istota słuchająca i wykonująca polecenia, bo czasami bez uczuć jest zdecydowanie lżej.

Czasami czułam, jakbym była widzem, a nie bohaterem tego ważnego spektaklu w walce o nowe życie. Wychodząc z gabinetu, patrzyłam na gabloty, w których były umieszczone zdjęcia słodkich bobasków innych par i to dawało mi największą otuchę.

Skutki uboczne w pigułce lub zastrzyku

Czy mówimy o negatywnych skutkach ubocznym w trakcie leczenia? Czy myślimy o nich? Ja nie myślałam ani nie mówiłam. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że zgodzę się na eksperymentalne leczenie i w 5 sekund podpiszę zgodę, nie czytając jej, nie uwierzyłabym. Co zrobiłam, kiedy lekarka powiedziała mi, że w moim wypadku możemy spróbować? Podpisałam bez zastanowienia. Pamiętam, że wtedy chciała mi coś tłumaczyć, próbowała mówić o skutkach ubocznych. Ja tylko spojrzałam na nią i poprosiłam o dokumenty do podpisania.

Oczywiście, każda z nas inaczej reaguje na leczenie i przyjmowane leki. Z perspektywy czasu musiałabym dobrze się zastanowić, jaka była przyczyna złej reakcji na niektóre tabletki czy zastrzyki. Czy było to spowodowane rzeczywiście ich skutkami ubocznymi, czy może po prostu miałam gorszy dzień.  Z całą odpowiedzialnością mogę jednak stwierdzić, że zdanie, które wyprowadzało mnie z równowagi, brzmiało: „Musi pani być silna!”. Pojawiała się wtedy myśl: A co ja innego robię od kilku lat?!

Kiedy chcesz powiedzieć dość

Czy zawsze mamy siłę, by walczyć? Oczywiście, że nie. Leczenie każdego przypadku wygląda inaczej. Po ponad roku naturalnych prób pod okiem lekarzy z prywatnej kliniki i współżycia na zawołanie, które zupełnie straciło swoją magiczną intymność, zdecydowaliśmy się na inseminację. Był to moment, kiedy byłam gotowa powiedzieć dość. Czułam się bardzo źle psychicznie i fizycznie. Schudłam 30 kg i wyglądałam jak wrak człowieka. Nie ufałam lekarzom i ich kolejnym pomysłom. Ustaliśmy z mężem, że podejmujemy jedną próbę inseminacji. Jeżeli się nie powiedzie, zmienimy klinikę i zobaczymy, co nam zaproponują.

Wybraliśmy już nowe miejsce, wiedziałam, jak zabrać dokumenty z aktualnej – krótko mówiąc wszystko było gotowe. Ustaliliśmy także, że jeżeli się nie powiedzie również w innej klinice, wystąpimy o adopcję. Sprawdziliśmy wymagania i ośrodki, byliśmy gotowi na wszystko, poza jednym.

Na wizytę kwalifikującą do inseminacji pojechałam jak zwykle sama. Przyjął mnie dyrektor placówki, ponieważ jeden z lekarzy zachorował. Badanie było bardzo szybkie. Tylko przez mgłę pamiętam, jak  wydawał szybkie polecenia swojej asystentce. Na koniec dostałam receptę i krótką instrukcję: wykupić lek, przyjąć i zadzwonić po męża. Zabieg miał odbyć się tego samego dnia, potrzebne było jeszcze tylko nasienie. Nadzieja w kilka chwil ożyła na nowo. Po dwóch czy trzech dniach mieliśmy stawić się na kontrolę. Pojechałam z mężem. Pęcherzyk nie pękł. Kolejne niepowodzenie. Wróciliśmy do domy w ciszy. Pierwszy raz od bardzo dawna wypiłam wino. Przez weekend współżyłam z mężem jak dawniej – zupełnie tak, jakby miało to przynieść ukojenie. Nawet nie wykupowałam leków, przez następne dwa tygodnie po prostu żyłam, nie myśląc nawet o wizycie w innej klinice.

Bez względu na wynik jesteś zwycięzcą

Czy w przypadku niepłodności kiedykolwiek można powiedzieć, że się poddało? Zdecydowanie nie. Bez względu na to, czy decydujemy się na leczenie, czy nie jest to jedna z najtrudniejszych decyzji w życiu. W każdym przypadku podejmujesz bowiem walkę z systemem – tylko o różnym charakterze.

Artykuł zaczęłam pisać ‎14 ‎kwietnia o 04:00 rano – skończyłam 16 kwietnia o 05:17. Dlaczego tak długo? W pisaniu przeszkadzało mi tylko jedno – łzy.

Leczenie zakończyłam 8 miesięcy temu. Odwracam głowę i patrzę na łóżeczko, w którym spokojnie śpi mój synek. Dopiero teraz, 8 miesięcy po jego narodzinach pozwalam sobie na łzy. Co towarzyszyło mi przez cały czas leczenia? Tylko smutna cisza.

Tekst: Beata Pękosławska

POLECAMY TAKŻE:

Moja siostra jest niepłodna. Tak bardzo mi wstyd za to, co jej zrobiłam

Moja siostra jest niepłodna. Tak bardzo mi wstyd za to, co jej zrobiłam [List]

Inni czytali również

6 lat starań, 50 tys. złotych i nic oprócz wiary, że w końcu się uda

Endometrioza I stopnia, słabe parametry nasienia, zły kariotyp – to... więcej

Męskie wsparcie – dlaczego jest takie ważne?

W walce o dziecko potrzebnych jest kilka ważnych rzeczy, takich jak... więcej

10-letnia walka o dziecko…

Takiej zaciętej chęci walki i tyle wytrwałości w dążeniu do celu już... więcej

Z pamiętnika Edyty: Rzucam niepłodność i wyjeżdżam na urlop (odc. 11)

– Najlepiej byłoby, gdybyśmy kolejny kriotransfer zrobili od razu w... więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *